Głównie wyszukane w sieci
czwartek, 13 listopada 2008
Kuchnia sycylijska: Makaron, oliwa i...

Nelly Kamińska

Sycylijczycy uchodzą za kulinarnych koneserów. Uwielbiałam obserwować moich przyjaciół, jak delektują się plasterkiem pomidora z kroplą oliwy i listkiem bazylii albo z przymkniętymi oczami chwytają bukiet uwalniający się z kieliszka czerwonego wina...

Wystarczy spróbować miejscowych specjałów, aby podobna egzaltacja przy stole przestała dziwić: pistacje z Bronte, migdały z Noto, wina deserowe z Marsali czy pomidory z Pachino to tylko kilka z długiej listy smakołyków cieszących się uznaniem włoskich i zagranicznych koneserów.

***

Ciepły klimat zapewnia obfitość warzyw i owoców przez cały rok. Smak wygrzanych w śródziemnomorskim słońcu pomarańczy, arbuzów czy winogron nie ma sobie równych. Wśród warzyw prym wiodą pomidory, bakłażany, cukinia i brokuły. W wielkich ilościach używa się świeżych ziół, przede wszystkim bazylii, mięty i tymianku.
Fundamentem kuchni jest makaron - la pasta. Niektórzy uważają, że przepis na makaron przywiózł z Chin Marco Polo. Włosi twierdzą, że wymyślono go w okolicach Palermo. Znajomi mawiają, że makaron i oliwa wystarczą, żeby ugotować dobry obiad. Rzeczywiście, spaghetti z oliwą, czosnkiem, pikantną papryczką i zieloną pietruszką oprószone tartym parmiggiano (parmezanem) smakują wybornie. Jest jednak jedna zasada, której nie wolno złamać - la pasta musi być al dente (dosłownie "na ząb", czyli półtwarda). To prawdziwa narodowa obsesja - żaden Sycylijczyk nie tknie rozgotowanego makaronu.
Drugim filarem (i bezcennym skarbem) jest oliwa z oliwek. Wielu wyciska ją własnoręcznie, za pomocą starych wyciskarek z czasów pradziadków. Taka oliwa, o wyrazistym, ostrym smaku, ma niewiele wspólnego z produkowaną na skalę przemysłową, którą kupimy w supermarkecie. Wylewa się ją na talerz, macza w niej kawałki chleba i smakuje jak dobre wino. Można to robić bez obawy nawet w najbardziej ekskluzywnych lokalach.
Sycylijczycy łowią i zjadają wszystko, co pływa w Morzu Śródziemnym. Ze skorupiaków, ryb, ikry i narybku tworzą prawdziwe arcydzieła sztuki kulinarnej, których smak długo wspomina się z rozrzewnieniem.

***

Gorący klimat narzuca określone reguły i pory posilania się. Na śniadanie cała wyspa przegryza cornetto (rodzaj słodkiego rogalika) i pije kawę. Sycylijczycy są wielkimi smakoszami kawy, ogromnie czułymi na punkcie jej jakości i sposobu przygotowania. Uwielbiają diabelnie mocne, esencjonalne espresso w filiżankach-miniaturkach. Obiad składa się najczęściej z porcji makaronu i kieliszka wina. Prawdziwe jedzenie zaczyna się wieczorem, kiedy upał nieco zelżeje. Do kolacji zasiada się po 21, co może oznaczać nawet 23 i później.
Sycylijczycy uwielbiają jadać poza domem. Boże Narodzenie i Wielkanoc najczęściej świętują w restauracji. Okazją do zaproszenia na obiad licznego grona krewnych i znajomych są rozmaite uroczystości rodzinne: chrzciny, komunie, śluby, urodziny. Nie wypada wówczas podać po prostu pierwszego, drugiego i deseru. Norma to przystawka, dwa pierwsze i dwa drugie dania, deser, owoce i kilka rodzajów win.

***

Jedną z najbardziej popularnych przystawek jest caponata o słodko-kwaśnym smaku. W niej bakłażany doprawione pomidorami, oliwkami, kaparami, selerem naciowym i rodzynkami. To potrawa o wielowiekowej tradycji, istnieją niezliczone jej wersje, ale każdy Sycylijczyk zapewni was, że najlepszą caponatę przyrządza jego mama.
Innym klasykiem wśród przystawek jest insalata di mare, czyli sałatka z owoców morza: ugotowane i pokrojone odnóża ośmiornicy (polpo), krążki kalmarów (calamari), raki (gamberi) i małże (vongole) przyprawione świeżymi ziołami, oliwą i sokiem z cytryny.
Carpaccio to cienkie jak pergamin płatki surowego mięsa lub ryby. Bajecznie smakuje surowy tuńczyk oszczędnie przyprawiony solą, oliwą i sokiem z cytryny. Za rarytas uchodzą surowe krewetki umiejętnie skojarzone z oliwą, octem balsamicznym, sokiem z pomarańczy i otartą skórką z cytryny.

***

Po przystawkach pora na pierwsze dania - niepodzielnie króluje la pasta. W tej materii inwencja i polot Sycylijczyków zdają się nie mieć końca. Każdy kucharz firmuje swoim nazwiskiem co najmniej kilka przepisów.
Zasłużoną sławą cieszy się pasta con le sarde, czyli makaron zapiekany z sardynkami, orzeszkami pinii, kaparami, rodzynkami i finocchietto selvatico - koprem włoskim o anyżkowym smaku. Z na pozór nieprzekonującego połączenia kiepsko współgrających ze sobą składników powstał kulinarny majstersztyk zaskakujący paletą smaków i zapachów.
Pasta alla Norma to spaghetti z bakłażanami, pomidorami i ricottą (jedwabisty serek o łagodnym smaku), nazwany tak na cześć urodzonego w Katanii Vincenzo Belliniego, twórcy opery "Norma".
Linguine (rodzaj długiego makaronu) con bottarga to jedno z najbardziej osobliwych dań, jakie tu jadłam. Piekielnie słoną bottargę (zasolona i wysuszona ikra tuńczyka, specjał luksusowy i nietani) genialny kucharz połączył z kandyzowaną skórką cytrynową. Efekt? Rewelacyjne danie o niebanalnym, intrygującym smaku, które umieszczam w ścisłej czołówce mojego prywatnego rankingu.
Godna uwagi jest pasta al nero di seppia, czyli makaron z ciemną substancją wydzielaną przez gruczoły czernidłowe mątew. Smakuje nieźle mimo niezbyt ponętnego wyglądu.
Jeśli nie mamy ochoty na eksperymenty, możemy przebierać jak w ulęgałkach w prostych i niekryjących niemiłych niespodzianek potrawach...
Drugie dania to domena mięsa i ryb. Mięso jada się tu krwiste, półsurowe (al sangue), więc jeśli nie przepadamy za widokiem krwi na talerzu, wyraźnie zaznaczmy, że powinno być ben cotto. Albo zamówmy rybę. Ta może być duszona (all'acqua pazza), pieczona (arrosto, al forno) albo z rusztu (alla griglia). Łączy się ją z rozmaitymi sosami, od tradycyjnych oliwno-czosnkowo-ziołowych, po bardziej wyszukane, np. na bazie soku z pomarańczy lub deserowego wina. Do najsmaczniejszych należy tuńczyk (tonno) oraz nieznane u nas śródziemnomorskie olbrzymy: cernia, dentice, ricciola i pesce spada (ryba-piła).
Jeśli zjawimy się w restauracji z grupą znajomych, kelner może nam zaproponować zamówienie takiego olbrzyma w całości. Aby skusić i ułatwić podjęcie decyzji, pozwoli podziwiać przynętę w stanie surowym. Widok dziesięciokilogramowej sztuki przydźwiganej na wielkiej tacy przez dwóch kucharzy zapiera dech i odbiera mowę. Po przyrządzeniu dymiąca ryba zostaje na naszych oczach oczyszczona z ości i podzielona na porcje.

***

Wędrówki po bazarach i dzielnicach położonych w ich sąsiedztwie to świetna okazja do spróbowania potraw nieobecnych w restauracyjnych menu. Ciasne spelunki i garkuchnie na kółkach są ostoją kuchni popularnej, ulicznej, bez której gastronomiczna podróż po Sycylii nie mogłaby się dopełnić.
Arancini di riso ("ryżowe pomarańczki") to ulepione z ryżu kule z mięsnym lub mięsno-serowym nadzieniem. Usmażone na złoto rzeczywiście wyglądają jak pomarańcze. Panelle - rodzaj cienkich placków z mąki z ciecierzycy, oraz crocché - chrupiące kotleciki ziemniaczane, to składniki tradycyjnej kanapki. Amatorom mocnych wrażeń polecam panino con la milza, czyli kanapkę z wołową śledzioną. Te proste potrawy zawsze miały swoich zagorzałych entuzjastów. Nawet moi znajomi, na co dzień wyrafinowani smakosze, czują od czasu do czasu potrzebę opędzlowania bułki ze śledzioną, która powoli staje się tak sławna, jak bizantyjskie mozaiki z Monreale.

***

Na koniec pozostaje ukoronowanie uczty deserem. Prawdopodobnie cukiernikom arabskim zawdzięcza wyspa najsłynniejszy z nich - cassatę. Upstrzony kandyzowanymi owocami tort, którego głównym komponentem jest delikatny serek ricotta.
Legenda mówi, że w haremie w mieście Kalat el Nissa (dzisiejsza Caltanisetta) żony emira broniły się przed nudą, wymyślając słodycze. Tak powstały cannoli - rurki ze smażonego ciasta wypełnione kremem z ricotty i kawałkami czekolady. Dziś najpyszniejszych cannoli skosztujemy w Palermo.
Innym źródłem cukierniczych inspiracji były klasztory. Wiele z nich żyło z datków. Sposobem na zwiększenie wpływów stał się wyrób ciastek. W klasztornym zaciszu wymyślono migdałowe ciasteczka z masy marcepanowej w kształcie owoców - frutta Martorana. Nazwa pochodzi od palermitańskiego kościoła La Martorana, który niegdyś miał monopol na ich produkcję.
O fantazji cukierników niech świadczą minni di virgini (w dialekcie sycylijskim "piersi dziewicy") - kruche ciasteczka z nadzieniem z ricotty, kandyzowanej dyni i czekolady w kształcie kobiecych piersi.
Osobny rozdział stanowią lody, które Sycylijczycy jadają pasjami. Latem lodziarnie otwarte są do białego rana. Wielkim wzięciem cieszy się brioche, czyli nadziana lodami drożdżowa bułka, która w upalne dni zastępuje posiłek. Świetnym sposobem na spiekotę jest granita - drobno kruszony lód o rozmaitych smakach (najlepsze to kawowy, migdałowy i cytrynowy) albo frullato - miąższ owoców (brzoskwiń, ananasów, arbuzów) zmiksowany z wodą lub musującym winem.

***

Wino to kolejna wielka namiętność Sycylijczyków. Bez wina po prostu nie siada się do stołu. Donnafugata, Duca di Salaparuta czy Planeta produkują znakomite wina, które dotrzymują kroku renomowanym markom z kontynentalnej części Włoch. Ale być może żadne z nich nie dorównuje rozgłosem Marsali. Stała się sławna dzięki angielskiemu przedsiębiorcy z Liverpoolu Johnowi Woodhouse'owi, który w 1773 r. przybił do portu w Marsali na zachodnim wybrzeżu Sycylii. Spróbowawszy lokalnego wina, tak zachwycił się jego smakiem, że kupił winnice i rozpoczął produkcję, a następnie eksport. Marsala dojrzewa w dębowych beczkach i w zależności od czasu leżakowania jej smak waha się od słodkiego do wytrawnego. Marsala Fine (młoda) nie musi długo dojrzewać, Superiore dojrzewa od 2 do 10 lat, Superiore Riserva od 4 do 20 lat, Vergine od 5 do 20 lat, Riserva zaś potrzebuje od 10 do 20 lat lub więcej. Fine to świetne wino deserowe, Superiore to wino, które się kontempluje.
Passito di Pantelleria, Moscato di Pantelleria oraz Malvasia delle Lipari to szlachetne wina deserowe, jakimi może poszczycić się Sycylia, a właściwie sąsiadujące z nią wulkaniczne wysepki Pantelleria i Lipari. Klimat śródziemnomorski w najczystszej, "wzorcowej" postaci oraz specyficzne proporcje minerałów w wulkanicznym podłożu to sekret niepowtarzalnego smaku winogron. Aby jeszcze bardziej spotęgować ich naturalną słodycz, suszy się je na słońcu, koniecznie sierpniowym, rozżarzonym i buzującym, a dopiero potem poddaje fermentacji. Wina, które się z tego rodzi, nie można po prostu pić - trzeba się nim delektować.
        

09:23, patekku1 , Włochy
Link Komentarze (8) »
piątek, 07 listopada 2008
Patatas bravas

12 niewielkich ziemniaków (około 1 kg)


sos:
2 łyżki przecieru pomidorowego
1 szklanka białego, wytrawnego wina (można zastąpić bulionem warzywnym)
6 łyżek oliwy
4 ząbki czosnku
1 łyżeczka mielonej słodkiej papryki
szczypta mielonej ostrej papryki w proszku
sól

garść drobno posiekanej natki pietruszki do dekoracji

Ziemniaki dokładnie wyszoruj pod bieżącą wodą (nie obieraj, chyba, że będą miały bardzo nieprzyjemną skórkę). Ugotuj w osolonej wodzie do średniej miękkości (widelec powinien w nie wchodzić ze sporym oporem. Odcedź.

Czosnek obierz, drobno posiekaj, następnie rozetrzyj z łyżeczką soli. Dodaj do pozostałych składników sosu i dokładnie wymieszaj.

W dużym rondlu rozgrzej oliwę, wrzuć ziemniaki i smaż przez 3 minuty na średnim ogniu cały czas mieszając. Dodaj sos, wymieszaj, przykryj i duś pod przykryciem przez 7-8 minut, aż ziemniaki zmiękną i pokryją się sosem.

Podawaj na gorąco posypane natką pietruszki.

poniedziałek, 03 listopada 2008
Gulasz po serbsku


75 dkg wołowiny
7 dkg smalcu
4 średnie cebule
2 strąki zielonej papryki
3 średnie pomidory
50 dkg ziemniaków
3 ząbki czosnku
główka kapusty włoskiej
1 łyżeczka suszonego majeranku
papryka, sól, pieprz do smaku

Mięso umyć, osuszyć, pokroić w dużą kostkę. Cebulę drobno posiekać, zeszklić na tłuszczu, dodać mięso i przyprawy. Podlać kilkoma łyżkami wody. Dusić pod przykryciem. Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę. Paprykę pozbawić gniazd nasiennych i również pokroić w kostkę. Pomidory sparzyć, obrać ze skórki, pokroić na małe kawałki. Kapustę poszatkować. Tak przygotowane warzywa dodać do na wpół miękkiego mięsa. Wymieszać. Dusić na małym ogniu do miękkości mięsa i warzyw, od czasu do czasu mieszając. Podawać z ziemniakami z wody lub białym pieczywem.


wtorek, 28 października 2008
U Lotofagów (Dżerba)

Jerzy Ciechanowicz

Fragmenty książki "Wędrówki śródziemnomorskie"

       

"Przez dziewięć dni złe wiatry nosiły mnie po rybnym morzu, dziesiątego zaś stanąłem na ziemi Lotofagów, którzy się żywią kwiatami. Wyszliśmy na ląd, by zaczerpnąć wody, i towarzysze wnet przygotowali obiad przy chyżych okrętach. Nasyciwszy się jadłem i napojem, wysłałem trzech towarzyszy na zwiady, jacy ludzie w tej ziemi chleb pożywają - dwóch sam wybrałem, jako trzeci szedł z nimi herold. Ledwo się oddalili, nawiązali znajomość z Lotofagami. Nie myśląc zgubić naszych ludzi, dali im Lotofagowie skosztować lotosu. Skoro jednak ktoś zje lotosu miodny plon, już ani wracać nie chce, ani dać wieści o sobie, tak i ci woleli zostać u Lotofagów, razem z nimi zrywać lotos i zapomnieć o powrocie. Gwałtem sprowadziłem płaczących na okręty i tam przykułem do ław wioślarskich. Innym wiernym towarzyszom kazałem jak najprędzej wejść na chyże statki, by mi który, zjadłszy lotosu, nie wyrzekł się powrotu. Wnet wbiegli na pokład i zasiedli przy burtach. Gdy każdy był już na swoim miejscu, wiosła uderzyły w siwe morze."* Tak Homer każe opowiadać Odyseuszowi o ziemi Lotofagów, która, jak się uważa, jest tunezyjską wyspą Dżerba.

Z okna pokoju nr 3 hotelu "Lotos" w miejscowości Houmt Souk widać morze i płaskie wybrzeże z kilkoma palmami wyrastającymi wprost z piasku. Niespełna kilometr po prawej stronie ciemnieją mury arabskiej fortecy zwanej Bordż Ghazi Mustafa. Sto metrów od hotelu z wilgotnej piaskowej płaszczyzny wyrasta niewielki biały obelisk, wyznaczający miejsce, gdzie jeszcze w XIX stuleciu stała wieża wzniesiona z ludzkich czaszek. Ta upiorna pamiątka należy jednak do nowożytnej historii wyspy, ja zaś przyjechałem tu z powodu jej historii mitycznej - śladem Odyseusza - choć słowo "mityczny" opatrzone powinno być zastrzeżeniem, że przecież nie jest zupełnie wykluczone istnienie kiedyś rzeczywistego Odyseusza, a więc i jego wizyta na wyspie.

O tym, że tu właśnie zamieszkam, wiedziałem na długo przed przyjazdem na Dżerbę: czyż mogło być odpowiedniejsze miejsce niż hotel "Lotos" przy rue Ulysse (wszystkie nazwy mają w Tunezji swą wersję francuską)? Informacja okazała się wprawdzie nie całkiem precyzyjna, bo ulica Odyseusza zaczyna się naprawdę dopiero od najbliższego skrzyżowania, oficjalny adres hotelu brzmi zaś: rue de la Republique. Ale nie jest to takie ważne, tym bardziej że gospodarzem jest tu niezwykle sympatyczny starszy pan, starający się natychmiast rozwiązać wszelkie problemy podróżnika:

- Gdzie zarezerwować bilet na samolot do Tunisu? Ne vous inquiétez pas. Zadzwonię do znajomego. Jutro jest niedziela, więc pojutrze bilet będzie przywieziony do hotelu.

Dżerba jest wyspą turystyczną. Dwadzieścia kilometrów na wschód od Houmt Souk rozpoczyna się "zona turystyczna" - dziesiątki hoteli stłoczonych wzdłuż wybrzeża, oferujących przyjezdnym atrakcje według schematu: plaża, basen, jedzenie, plaża, basen, jedzenie... Pozostanie dla mnie nierozwiązywalną zagadką - jak można w ten sposób spędzić dwa lub trzy tygodnie. Ale Dżerba ma swoją klientelę. Co pół godziny na tutejszym lotnisku ląduje wielki samolot, dowożący wprost z europejskich stolic kolejną porcję turystów. Po kilku tygodniach, opaleni, polecą oni do domu, uwożąc ze sobą złudzenie, że widzieli Tunezję.

- Ile czasu chce pan spędzić na Dżerbie? - zapytał mnie taksówkarz poproszony o zawiezienie na miejsce dawnego rzymskiego miasta Meninx. - Tylko dwa dni? Nie dwa tygodnie? - upewniał się, czy dobrze usłyszał. Kłopot w tym, że doprawdy nie bardzo wiadomo, co można tu robić drugiego dnia, gdy pierwszego widziało się już fort Bordż Ghazi Mustafa, synagogę Ghriba i ruiny Meninx. Ci, którzy przylatują tu z Europy, nie wiedzą nawet zresztą, gdzie właściwie leży Dżerba. Dla nich jest to jakieś abstrakcyjne miejsce, gdzie świeci afrykańskie słońce. Tylko podróż z północy kraju pozwala uświadomić sobie, jak daleko na południu leży wyspa Lotofagów.

Pociąg wyruszający rankiem z Sousse (po arabsku: Susa) przemierza powoli długą drogę wzdłuż wybrzeża, jadąc przeważnie pośród monotonnej burej równiny, na której widać czasem drzewka oliwne, a czasem zwały śmieci. Zatrzymuje się na stacyjce El Dżem, gdzie ponad niską zabudową współczesnego miasteczka wznoszą się w dali potężne żółte mury rzymskiego amfiteatru. Po upływie następnej godziny pociąg zatrzymuje się w portowym mieście Sfax (Safakis). Widziane z tej perspektywy jest ono brudnym składowiskiem - jakby przejeżdżało się przez nie kończącą się zapomnianą fabrykę, gdzie dawno ustało życie. Morze mignie czasem z daleka, ale nie sposób stąd dojrzeć pobliskich wysp Kerkenna, gdzie kiedyś Hannibal, już u schyłku kariery politycznej, zatrzymał się na krótko podczas swej dramatycznej ucieczki z Kartaginy na wschód, gdy zmieniając konie, przebył bez odpoczynku ponad dwustukilometrową drogę do przylądka Kabudia w ciągu jednej nocy i połowy dnia.

W Sfax prawie wszyscy wysiadają. Dalej pociąg jedzie przez płaskie pustkowie, prawie pustynię, z rzadka porosłe kępkami trawy. Sprawia to wrażenie znajdowania się "nigdzie". Ktoś, komu przyszłoby do głowy wyskoczyć tu z pociągu (drzwi są otwarte), znalazłby się w całkowitej pustce: aż po horyzont brak jakiejkolwiek drogi i jedynie tor kolejowy jest tu śladem ludzkiej cywilizacji.

Na niespełna godzinę przed dotarciem do ostatniej stacji, Gabes (Kabis), pociąg zatrzymuje się w szczerym polu, przy jakiejś niewielkiej stacyjce, za którą nawet nie widać żadnych zabudowań. Po półgodzinnym postoju pytam przechodzącego przez pusty wagon konduktora, co się stało. Okazuje się, że prezydent republiki odwiedza dziś Gabes. Z tej okazji wstrzymano pracę w urzędach i wszelką komunikację. Kiedy pociąg ruszy? Nie wiadomo. Może za godzinę, może za trzy.

Czemu ma służyć zatrzymanie pociągu - trudno zgadnąć. Ale zabieg taki mieści się zapewne w logice ustroju zwanego tutaj eufemistycznie prezydenckim. Nie trzeba orientować się w bieżących wydarzeniach politycznych kraju, aby rozpoznać istotę tego ustroju po wiszących wszędzie portretach prezydenta - nie tylko w urzędach, lecz także na pocztach, w sklepach, hotelach, na dworcach, a nawet w muzeach. Upewniła mnie w tych domysłach telewizyjna relacja z wizyty prezydenta w Gabes, którą jeszcze tej nocy oglądałem w hotelu na Dżerbie: tysiące machających chorągiewek i histeryczna radość tłumu witającego "ukochanego przywódcę", który 7 listopada 1987 roku "wprowadził demokrację i państwo prawa" (jak głosi dwujęzyczny - arabski i francuski - napis na banknocie dziesięciodinarowym). Napis nie mówi oczywiście o tym, jak prezydent odsunął od władzy swego poprzednika, Habiba Burgibę, jak zlikwidował opozycję i w jaki sposób zarówno on, jak i jego partia zdobywają w kolejnych wyborach ponad 99 procent głosów. To zabawne, że przewodnik Pascala po Tunezji, zamiast informacji o współczesnej sytuacji politycznej kraju, zamieszcza tekst o "swobodach" obywatelskich, który przypomina wyjątek z broszurki propagandowej o wciąż trwającym "procesie demokratyzacji". Tam, gdzie jest demokracja, nikt takich tekstów nie pisze. Cóż, zapewne chodzi o to, aby przewodnik ten - w różnych wersjach językowych - mógł być bez przeszkód sprzedawany w Tunezji.

Ostatecznie pociąg rusza po godzinnym postoju, by dotrzeć do Gabes późnym popołudniem. Tu kończy się już komunikacja kolejowa. Pozostaje dotrzeć do miejsca, skąd odjeżdżają louages - samochody będące czymś w rodzaju międzymiastowych taksówek. Odjeżdżają, gdy zbierze się komplet pasażerów. Ale nikt nie jedzie stąd bezpośrednio na Dżerbę. Kierowcy radzą jechać do odległej o prawie 80 km miejscowości Medenin i tam szukać samochodu na wyspę.

Półtorej godziny jazdy przez krajobraz, który zdaje się bardziej afrykański przez stałą obecność palm i kolorowe bazary pojawiające się czasem na poboczu drogi. Granica Libii jest już stąd niezbyt daleko i widuje się samochody z libijską rejestracją.

Medenin - miasteczko, o którym niewiele da się powiedzieć, bo też i podróżny nie ma tu czego szukać. Samochód zatrzymuje się na obskurnym rozległym podwórku, między brudnymi murami, gdzie stoją już inne louages, które dotarły do celu podróży. Widać tu jakieś ciemne wnętrze z poplamioną betonową podłogą, na której rozłożono kilka słomianych mat. Czy sypiają tu kierowcy, czy może pasażerowie w oczekiwaniu na kolejny louagel U bramy z podwórka na ulicę gromadzą się kierowcy, wykrzykując nazwy miejscowości, do których zamierzają odjechać. Znajduję wśród nich takiego, który jedzie na Dżerbę, ale w jego samochodzie jest aż osiem miejsc i trzeba czekać, aż znajdzie się jeszcze pięciu pasażerów.

Dziwne uczucie: jestem oto na jakimś przypadkowym podwórku gdzieś na południu Tunezji, w miejscowości, której nigdy nie miałem zamiaru oglądać - i spędzam tu godzinę swego życia, drepcząc po brudnym piasku tam i z powrotem, by nigdy już tu nie powrócić.

Zbliża się wieczór. Brakuje jeszcze dwóch pasażerów. Aby przyśpieszyć odjazd, proponuję kierowcy, że zapłacę za dwa miejsca. Jedziemy. W zapadającym zmierzchu widać czasem rozległe brązowe macki piasku, które z pomocą wiatru wpełzły na asfaltową szosę. Jest już ciemno, gdy louage zatrzymuje się na pustym wybrzeżu, oświetlonym elektrycznymi latarniami. Trzeba założyć plecak i przejść kilkaset metrów do przystani, dokąd przybić ma prom kursujący na Dźerbę.

Pośród długiej kolejki samochodów znajduje się kierowca gotowy podwieźć objuczonego piechura aż do Houmt Souk, głównego miasteczka wyspy. Przedstawia się jako językoznawca. W każdym razie uczy angielskiego na uniwersytecie w Gabes. Na promie opowiada mi legendę związaną z jednym z okolicznych zamków. Kilka wieków temu panował na wybrzeżu władca, którego dwóch synów zmarło od ukąszenia skorpiona. Kiedy urodził mu się trzeci syn, postanowił on za wszelką cenę uchronić go przed takim losem. Ponieważ skorpiony nie lubią wody, zbudował zamek w miejscu otoczonym wodą. Żył tam szczęśliwie z żoną i synem przez kilka lat, aż pewnego dnia syn powiedział, że ma wielką ochotę na winogrona. Ojciec kazał je więc sprowadzić dla niego z lądu. Gdy chłopiec sięgał po kiść winogron, nie zauważył, że we wnętrzu kryje się skorpion. Chwycił owoce i został ukąszony. Zmarł, podobnie jak bracia.

Historia ta - choć opowiadający zapewniał, że autentyczna - przypomina jednak zbytnio wędrowne motywy przypowieści o tym, że nie sposób uniknąć przeznaczenia. Może zresztą kryje się w niej część prawdy, a jedynie powtarzalność zdarzenia jest dodatkiem pokoleń opowiadaczy.

Na czarnym niebie widać tylko wąski księżyc i białe mewy unoszące się nad promem.

- O świcie - zapewnia rozmówca - można tu zobaczyć skaczące delfiny.

piątek, 24 października 2008
House in Provence

Paul Cezanne

  

poniedziałek, 20 października 2008
Rizogalo
1 szklanka ryżu
1 łyżka skrobi kukurydzianej
½ l mleka
½ szklanki cukry
¼ szklanki wody z kwiatu pomarańczy, ew. można użyć wody różanej

Wsyp do garnka ryż i zalej wodą tak, żeby go zakryła na wysokość nieco ponad centymetr. Wstaw na mały ogień i gotuj aż cała woda się wchłonie, około 20 minut. W międzyczasie rozrób skrobię kukurydzianą w 2 łyżkach mleka. Kiedy ryż wchłonie wodę wlej pozostałe mleko, rozrobioną skrobię, dodaj cukier i mieszaj, aż cukier się rozpuści. Dodaj wodę z kwiatów pomarańczy, lub różaną i gotuj, cały czas mieszając, aż zacznie gęstnieć. Przelej masę do 1 większego, lub kilku mniejszych naczyń, ostudź i wstaw do lodówki na jakieś 2 godziny, żeby zastygł. Podawaj przybrany mielonym cynamonem i paseczkami sparzonej skórki pomarańczowej, a jeśli użyliśmy wody różanej, płatkami róży.

11:04, patekku1 , Grecja
Link Komentarze (3) »
Po długiej przerwie...
Wielka zmiana zaszła w moim prywatnym życiu - na świat przyszła moja córeczka Amelka. I stąd to milczenie :) Postaram się od teraz regularnie zamieszczać notki. 

A córcia od pierwszych tygodni (pośrednio) zaznajamia się ze smakami śródziemnomorskimi, bowiem zamiast oliwki kosmetycznej stosujemy oliwę z oliwek extra vergine ;)

Pozdrawiam wszystkich miłośników Śródziemnomorza!

P. 
11:02, patekku1
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 sierpnia 2008
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Prywatnie